
- Autor: Jodi Picoult
- Tytuł: Drugie spojrzenie
- Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
- Liczba stron: 411
- Premiera: 2010
- Gatunek: Powieść współczesna
Comtosook, Vermont, Stany Zjednoczone. Firma deweloperska chce wybudować galerię handlową w miejscu pochówku Indian Abenaki. Kiedy właściciel ziemi podpisuje odpowiednie papiery, mimo protestów Indian, zaczyna się budowa. Mniej więcej w tym samym czasie miasteczko nawiedza seria niewyjaśnionych zdarzeń: z nieba spadają płatki róż, w powietrzu unosi się zapach owoców leśnych, ziemia zamarza, chociaż jest środek lata, a jedna z dziewczynek widzi duchy…
Do miasteczka przyjeżdża Ross Wakeman, który odkąd stracił narzeczoną w wypadku samochodowym, pragnie za wszelką cenę udowodnić istnienie świata nadprzyrodzonego… Czy dziwne wydarzenia w miasteczku to zemsta przodków? Kim jest intrygująca, tajemnicza kobieta, którą poznaje Wakeman?
Sięgając po tę książkę nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Było to moje pierwsze spotkanie z Picoult, a wcześniej słyszałam bardzo różne głosy na temat jej twórczości. Początkowo byłam trochę nieufna, ale moje obawy bardzo szybko zostały rozwiane.
Na początku pojawia się spora grupa bohaterów, na pierwszy rzut oka zupełnie ze sobą nie związanych. Trochę się w tym momencie zgubiłam. Jednak autorka nie pozwoliła mi długo błądzić, powoli łącząc ze sobą losy tych ludzi. A dalej historia robi się coraz bardziej niesamowita. Początkowo myślałam że największym problemem jest Ross i jego niemożność pogodzenia się z utratą ukochanej. Dodatkowo jego siostra ma syna, który choruje na bardzo rzadką i śmiertelną chorobę. Ale wraz z zagłębianiem się w historię zdałam sobie sprawę że jest to tylko wierzchołek góry lodowej. Spotkanie Rossa z tajemniczą kobietą porusza lawinę zdarzeń z przeszłości, o których większość chciałaby dawno zapomnieć.
Książka podzielona jest na trzy części. Wydarzenia pierwszej i trzeciej dzieją się współcześnie, druga część przenosi nas natomiast do roku 1932. Dopiero wtedy autorka ujawnia sprawy, które trochę mną wstrząsnęły i z którymi utożsamiał się niedługo później Hitler - czyli segregację ludzi. Może w Vermoncie nie było to związane z eliminacją żyjących ludzi, ale mimo wszystko praktyki, którym byli poddawani min. Indianie były nie do przyjęcia.
Zresztą problem segregacji nie był jedynym podjętym przez autorkę. Duchy, choroby, miłość, niepogodzenie z odejściem drugiej osoby, miłość matki do dziecka... Można by długo wymieniać wszystkie wątki które się tu pojawiły.
Bardzo mi się podobał sposób prowadzenia akcji przez autorkę. Parę razy udało jej się mnie zaskoczyć. Dodatkowo w całej historii nie było przestojów ani zbędnych wydarzeń. Wszystko co autorka zaplanowała dla bohaterów w jakiś sposób ich rozwija. Dzięki temu ich późniejsze decyzje są takie a nie inne.
Właściwie do ostatnich stron nie wiedziałam jak Picoult będzie chciała zakończyć tą historię. A szczególnie wydarzenia związane z Rossem. Jest to dodatkowym plusem książki.
Sięgając po tę książkę nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Było to moje pierwsze spotkanie z Picoult, a wcześniej słyszałam bardzo różne głosy na temat jej twórczości. Początkowo byłam trochę nieufna, ale moje obawy bardzo szybko zostały rozwiane.
Na początku pojawia się spora grupa bohaterów, na pierwszy rzut oka zupełnie ze sobą nie związanych. Trochę się w tym momencie zgubiłam. Jednak autorka nie pozwoliła mi długo błądzić, powoli łącząc ze sobą losy tych ludzi. A dalej historia robi się coraz bardziej niesamowita. Początkowo myślałam że największym problemem jest Ross i jego niemożność pogodzenia się z utratą ukochanej. Dodatkowo jego siostra ma syna, który choruje na bardzo rzadką i śmiertelną chorobę. Ale wraz z zagłębianiem się w historię zdałam sobie sprawę że jest to tylko wierzchołek góry lodowej. Spotkanie Rossa z tajemniczą kobietą porusza lawinę zdarzeń z przeszłości, o których większość chciałaby dawno zapomnieć.
Książka podzielona jest na trzy części. Wydarzenia pierwszej i trzeciej dzieją się współcześnie, druga część przenosi nas natomiast do roku 1932. Dopiero wtedy autorka ujawnia sprawy, które trochę mną wstrząsnęły i z którymi utożsamiał się niedługo później Hitler - czyli segregację ludzi. Może w Vermoncie nie było to związane z eliminacją żyjących ludzi, ale mimo wszystko praktyki, którym byli poddawani min. Indianie były nie do przyjęcia.
Zresztą problem segregacji nie był jedynym podjętym przez autorkę. Duchy, choroby, miłość, niepogodzenie z odejściem drugiej osoby, miłość matki do dziecka... Można by długo wymieniać wszystkie wątki które się tu pojawiły.
Bardzo mi się podobał sposób prowadzenia akcji przez autorkę. Parę razy udało jej się mnie zaskoczyć. Dodatkowo w całej historii nie było przestojów ani zbędnych wydarzeń. Wszystko co autorka zaplanowała dla bohaterów w jakiś sposób ich rozwija. Dzięki temu ich późniejsze decyzje są takie a nie inne.
Właściwie do ostatnich stron nie wiedziałam jak Picoult będzie chciała zakończyć tą historię. A szczególnie wydarzenia związane z Rossem. Jest to dodatkowym plusem książki.