wtorek, 5 listopada 2013

Gdy nieugięta wola i ogromny hart ducha są naszą jedyną bronią...

Kogo widzicie oczyma wyobraźni, słysząc słowo "pirat"? Pijaczynkę w kolorowym ubraniu, żeglującego po morzach i śpiewającego niepoprawne i sprośne piosenki? Pociesznego Jacka Sparrowa z rewelacyjnej serii filmów? Czy może burkliwego obdartusa, który zrobi wszystko dla pieniędzy? Pirat jako sylwetka przedstawiana w książkach przygodowych to schemat, który utracił sens bytu przeszło sto lat temu. Współczesny pirat powiela niechlubne tradycje przodków - jest przede wszystkim buntownikiem, przestępcą odpowiedzialnym za grabieże, napaście i przemyt. Jest porywaczem, nierzadko mordercą. Jest pozbawiony sumienia i litości, aby osiągnąć cel zabije każdego, kto spróbuje mu się postawić. Nie ma on nic wspólnego z wyobrażeniami z naszych dziecięcych lat. Dziś zamiast szabli trzyma karabin.


Kapitan Richard Philips sam o sobie mówi "zwykły gość z Vermont". Kochający mąż i ojciec, ale i wymagający szef, nie znoszący lenistwa i partactwa. Ten rejs miał być po prostu jednym z wielu, jakie odbył i pewnie jeszcze odbędzie. Traf chciał, że jego kontenerowiec Maersk Alabama miał płynąć przez niestrzeżone, niebezpieczne wody u wybrzeży Somalii. Kapitan miał pod swoją komendą nową grupę marynarzy, ludzi przyzwyczajonych do pracy, a nie walki. Kiedy więc statek atakują piraci, robi się gorąco, gdyż nie są perfekcyjnie przygotowani na stan najwyższego zagrożenia...

Richard Philips tylko dzięki zachowaniu zimnej krwi nie poddaje statku i ochrania załogę od śmierci, albo smutnego losu somalijskich niewolników. Choć po raz pierwszy przychodzi mu zmierzyć się z na wpół zdziczałymi grabieżcami, nie poddaje się. Ta myśl będzie mu towarzyszyć przez resztę jego przerażających przeżyć - nie poddać się. 
"Wiele razy w czasie tego porwania nękały mnie myśli, że nie przetrwam kolejnych pięciu minut, zwłaszcza podczas udawanych egzekucji. Był to tak wszechogarniający strach, że zamieniałem się w roztrzęsioną galaretę. Ale nigdy się nie poddałem. Dowiedziałem się, że mogę znieść o wiele więcej, niż przypuszczałem."*
Nie zdaje sobie sprawy, że w czasie, gdy on mierzy się z bezgranicznym strachem i zmęczeniem, cały świat zastygł, obserwując jego los. 


Po lekturze książki mam wrażenie, że właśnie to jest przesłaniem - nigdy nie dać się złamać przeciwnościom. Możemy śmiało podnosić sobie poprzeczkę, pokonywać kolejne etapy, odnosić kolejne sukcesy, coraz większe. Jesteśmy wolni - i nie bójmy się wyzwań. 

Na okładce książki przeczytamy "Historię tę czyta się jak rasowy thriller, bija ona jednak na głowę powieści sensacyjne, ponieważ wydarzyła się naprawdę". Myślę, że nic więcej nie trzeba tu dodawać. Książkę pochłonęłam w przeciągu właściwie jednego dnia. Bardzo ją polecam wszystkim, którzy nie boją się pożeglować na ogromnym kontenerowcu hen, aż ku wybrzeżom dzikiej Afryki...







*"Kapitan na służbie", s. 305


Za książkę dziękuję:


poniedziałek, 4 listopada 2013

Tajemnice zdemaskowane?, czyli polemika z czarnymi mitami Kościoła

Co jakiś czas na naszym rynku pojawiają się książki, które wstrząsają opinią publiczną, nakręcając koło bestsellerowości. Skandal, jaki wywołują godzi najczęściej w dobre imię jakiejś poważanej osoby czy instytucji. Gloryfikuje to, co godne potępienia, lub proponuje kolejną teorię spiskową. Tak było z osławionym "Kodem Leonarda da Vinci", autorstwa Dana Browna. Obojętnymi ta książka zostawiła chyba tylko tych, którzy jej nie przeczytali. 

Książki poruszające newralgiczne aspekty Kościoła katolickiego zawsze były tyleż poczytne, co oceniane przez samych zainteresowanych jako obrazoburcze. Faktem jest, że Kościół jako taki ma w swojej liczącej dwa tysiące lat historii wiele aspektów niejasnych, zawiłych czy kontrowersyjnych, wspomnieć choćby inkwizycję, polowania na czarownice, czy przypadki Jana Husa, czy też Giordano Bruno. Fascynują nas apostołowie, templariusze czy katarzy. Kiedy więc otrzymałam propozycję przeczytania "Ciemnych postaci w historii Kościoła", zgodziłam się, ciekawa argumentacji autora.

W książce Michael Hesemann przedstawia w oddzielnych rodziałach najbardziej znane problemy i największe niejasności. Przeprowadził budzącą podziw, czasochłonną kwerendę, aby w efekcie finalnym przedstawić nam efekty swoich dociekań. Argumentuje bez demagogii i - jak odniosłam wrażenie - dość bezstronnie, nie próbuje ani bronić, ani potępiać. Czasem demaskuje pewne mity, a czasem przedstawia po prostu stan rzeczy obdarty z narosłych czarnych legend. W czasie lektury nie miałam wrażenia, że próbuje mi "sprzedać" na siłę efekt swoich badań, a jedynie zachęca do zastanowienia się, czy mu uwierzymy. Instytucja pokroju Kościoła, z tak olbrzymią, długą historią zawsze będzie miała wiele zagadek. Książka Hesemanna jest w tym wszystkim apelem o odrobinę krytycyzmu, kiedy będziemy się zastanawiali, jakie mamy w danej sprawie przekonania. 



Michael Hesemann - niemiecki historyk i publicysta, specjalizujący się w tematach związanych z historią Kościoła. Studiował historię, antropologię kulturową, literaturoznawstwo oraz dziennikarstwo. Autor wielu publikacji, m.in. Pius XII wobec Hitlera. [z okładki książki]

Książkę przysłało mi: