sobota, 28 lutego 2015

Stos lutowy

Na początku muszę podzielić z Wami kolejnym udanym miesiącem czytelniczo-blogowym. 


  • Od początku roku przeczytałam 13 książek,
  • w samym lutym poznałam 6 tytułów, 
  • z czego 5 doczekało się recenzji. 
  • Dobrze mi idzie wyzwanie "Kiedyś przeczytam" - na tę chwilę przeczytałam książek, 
  • z tym 6 w tym miesiącu :) 


Z dobrym nastawieniem myślę o kolejnym miesiącu, mam nadzieję, równie udanym :) 



Luty, najkrótszy miesiąc roku. Można by pomyśleć, że w tak krótkim czasie można zapanować nad sobą, kupić niewiele, myśląc o nieprzeczytanych stosach na półkach jak i coraz bliższych Targach, z których chcę wynieść sporo nowych nabytków. A jednak... znowu nie mogłam się opanować co zaowocowało aż 12 nowymi książkami. Jeszcze dziś rano myślałam, że zamknę się w dziesięciu (nawet zdjęcie im zrobiłam), ale po drodze dotarły brakujące dwa tytuły. Trudno, w marcu odnawiam postanowienie. Marzec będzie miesiącem bez nowej książki ;), a jeśli to się nie uda to mam nadzieję, że będą to nieliczne nabytki. 

Nie przedłużając, prezentuję Wam nabytki, które dotarły do mnie w lutym. 


Patrząc od góry:

1. "Smak miodu" Salwa An-nu'ajmi, wyd. WAB - prezent od Lustra Rzeczywistości, niespodziewany i bardzo miły :) 
2. "Szczęśliwy traf" Louise Shaffer, wyd. Świat Książki - zakup biedronkowy, Mam nadzieję, że ta książka będzie tak samo udana jak ostatnie odkrycia z tego dyskontu :) 
3. "Próba ognia" Josephine Angelini, wyd. Jaguar - powinnam się powstrzymać, ale wyszłam z tą książką z Merlina
4. "Wilki i ludzie. Małe kompendium wilkologii", wyd. Grupakulturalna - to jest mały eksperyment. Kupiłam w zaprzyjaźnionej księgarni, licząc na naprawdę udaną lekturę. 
5. "Malinche. Malarka słów" Laura Esquivel, wyd. Znak Literanova - w tym miesiącu wykorzystałam trochę promocji na stronie wydawnictwa
6. "Małgorzata idzie na wojnę" Wojciech Lubawski, Tomasz Natkaniec, wyd. Znak - j.w.
7. "Tylko dzięki miłości" Bogumiła Ziembicka - tym razem skorzystałam z promocji w księgarni Świat Książki. Okazuje się, że to kolejny tom serii, na co nie zwróciłam uwagi przy zakupie ;) 
8. "Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli" Ałbena Grabowska, wyd. Zwierciadło - ta książka chodziła za mną od przeczytania pierwszej recenzji. Jestem bardzo na nią nakręcona :) 
9. "Obietnica Łucji" Dorota Gąsiorowska", wyd. Między Słowami/Znak - parę dni temu pisałam o tej książce, świetna okładka, ciekawie zapowiadająca się treść.
10. "Vango. Uciekaj albo giń" Timothee de Fombelle, wyd. Znak Emotikon - powieść przygodowa, rzecz dziejąca się w I połowie XX wieku, zauroczył mnie opis.
11. "Tańcząc z wrogiem " Paul Gaser, wyd. Rebis - kolejna książka historyczna, czasy II wojny, temat Żydów, to może być mocna lektura
12. "Dziewczyna, która kochała kamelie" Julie Kavangh, wyd. Znak Literanova - powieść historyczna, intrygująca, o faktycznie żyjącej kobiecie. 

W tym miesiącu przeważają powieści historyczne, albo książki, które są bardzo zbliżone do tego gatunku, a to dlatego, że ostatnio mam coraz więcej ochoty na ten właśnie gatunek. Nie wiem, kiedy się co prawda za nie zabiorę, na ten miesiąc mam w planach jedynie "Obietnice Łucji", ale jak na nie patrzę to robi mi się cieplej na sercu :) 


Znacie, czytaliście, macie ochotę, zainteresowani ?

piątek, 27 lutego 2015

"Słodycze na śniadanie" Dorothy Koomson

Dane techniczne:

  • Autor: Koomson Dorothy
  • Tytuł: Słodycze na śniadanie
  • Tytuł oryginalny: Marshmallows for breakfast
  • Tłumaczenie: Agnieszka Bachorska
  • Wydawnictwo: Albatros
  • Liczba stron: 454
  • Premiera: listopad 2009
  • Gatunek: powieść współczesna

To historia kobiety, która nie mogła mieć dzieci. Historia miłości, która nie miała prawa się wydarzyć. Historia alkoholu, który był przyczyną rozpadu małżeństwa. Historia gwałtu, który zniszczył życie. Historia wyparcia własnej choroby. Historia cierpienia, nadziei, radości, smutku. Historia zagubienia, przemocy, oczekiwania i walki. Jest to również historia dwójki dzieci, które próbują odnaleźć się w sytuacji, która przerosła niejednego dorosłego.

Kendra po latach wraca do Londynu uciekając po raz kolejny przed duchami przeszłości. Potrzebuje spokoju i stabilizacji, ale nie jest jej to dane. Od pierwszych chwil zderza się z dziećmi, parą sześcioletnich bliźniaków, które zawładnęły kobietą nie myśląc, że ona może mieć coś przeciwko. Bohaterka nie potrafi odsunąć się od tej rodziny, przez własne przeżycia z przeszłości, ale również dlatego, że dzieci potrzebują kogoś, kto pomoże im w tych trudnych chwilach. Ich rodzina się rozpadła, matka odeszła w środku nocy, ojciec nie potrafi sobie sam poradzić, a one łakną stabilizacji i pewności, że kolejna osoba ich nie zostawi. Losy bohaterów powoli i nieubłaganie się ze sobą splatają. 

Czasami bardzo łatwo odkryć perełki, często nie zdając sobie z tego sprawy. Tak było w przypadku mojej znajomości z autorką i jej książką. "Słodycze na śniadanie" kupiłam za naprawdę niewielkie pieniądze, wygrzebując tę książkę z kosza w Biedronce. Zachwyciła mnie okładka, blurb był całkiem ciekawy, więc stwierdziłam, że zaryzykuję. Potem stała sobie ona na półce a mnie wcale nie ciągnęło, żeby się przekonać, czy kupując ją wytypowałam czarnego konia. W końcu z niepokojem zaczęłam czytać, żeby już po pierwszych stronach wsiąknać w tę opowieść, zbliżyć się do bohaterów, przeżywając razem z nimi smutki i radości i powoli poznać wszystkie sekrety, które postawiły ich w danej sytuacji życiowej. 

Historię poznajemy z ust Kendry,  którą autorka uczyniła postacią pierwszoplanową. Narracja pierwszoosobowa w tym wypadku jest dobrym zabiegiem, który zbliża czytelnika do bohaterki, pozwala poznać uczucia, które nią kierują. Wstęp wzbudza apetyt, niepokoi, a jednocześnie daje nadzieję na wartką akcję. Jest to jednak powieść obyczajowa i choć trochę się w tej historii dzieje, nie ma nagłych zwrotów akcji, które powodują przyśpieszony ruch serca. Kendra dość niezwykle poznaje uroczą parę bliźniaków, ich ojca, powoli zagłębia się w ich życie i problemy, ale nie potrafi uporać się z własnymi demonami przeszłości. Sytuacja Summer i Jaxona, którą powoli odkrywamy na kartach książki, nie jest godna pozazdroszczenia. To nie jest tzw. dom patologiczny, nie ma świadomych działań, przemocy. A jednak historia, która wyłania się z opowieści ojca dzieci, ich samych, a także po pewnym czasie, ich matki, momentami może powodować, że włos się jeży na głowie. 



Summer i Jaxon to postacie, których nie da się nie lubić. Są wspaniałymi dziećmi, trochę zamkniętymi w sobie, trochę rozchwianymi emocjonalnie, ale nadal dziećmi i ich radością, pytaniami, wszędobylstwem i tym wszystkim, co powoduje czułość w czytelnikach. Nadają one tej książce z jednej strony lekkości, mimo podejmowanych ciężkich tematów, z drugiej strony pozwalają bardziej wczuć się w historię, problemy dotyczą w końcu małych dzieci. 

Autorka nie prowadzi nas schematami doprowadzając do związku między Kendrą a ojcem dzieci - Kyle'm. Choć oboje są właściwie wolni, młodzi i potrzebują uczucia, to autorka potrafi tak poprowadzić akcję, żeby z jednej strony byli blisko, a z drugiej tworzy swego rodzaju barierę, której nie przekroczą. Jest to bardzo dobrze rozwiązany watek, który w innym wypadku mógłby zniszczyć odbiór tej historii.

Nie chciałabym zdradzać Wam za dużo, bo poznawanie problemów w tej historii, wątków, które łączą wszystkie sprawy, jest jednym z aspektów książki, które sprawiają dodatkową radość z lektury. To dlatego moja recenzja jest dość oględna, nie zagłębiam się w szczegóły, kto z kim i dlaczego. Tą przyjemność zostawię Wam, jeśli zdecydujecie się na lekturę.

Żeby nie było za kolorowo mam jedno zastrzeżenie. Wraz z odkrywaniem problemów w życiu bohaterów przemknęło mi przez myśl, że jest tego za dużo, tak dużo różnych ciężkich spraw na barkach takiej małej ilości bohaterów, w prawdziwym życiu jest chyba niemożliwe... A może jednak, są takie sprawy o których ludzie nie mówią, starając się je wyprzeć z własnej świadomości. 

Jest to bardzo poruszająca lektura, która wymusza na nas chwilę refleksji nad życiem, problemami, relacjami z innymi ludźmi, zamknięciem się w sobie. Pięknie napisana, z ciekawymi postaciami i wciągającą fabułą. Jeśli wszystkie lektury autorki są tak poruszające, na pewno nie skończę w tej chwili mojej znajomości z panią Koomson 

Pierwsze wrażenia: przerażenie, smutek, wzruszenie, zrozumienie, miłość


Książka bierze udział w wyzwaniu: Kiedyś przeczytam

wtorek, 24 lutego 2015

Akcja promocyjna "Obietnica Łucji" Dorota Gąsiorowska


Życie pełne jest nieprzewidzianych zbiegów okoliczności. 

 Uciekając przed swoją przeszłością, Łucja przypadkowo trafia do Różanego Gaju – uroczego miasteczka ze starym, zniszczonym dworkiem.

 Przypadek sprawia, że zaprzyjaźnia się z młodą umierającą kobietą i składa jej niezwykłą obietnicę: ma odnaleźć ojca jej córeczki. 

Kiedy więc w zaskakujących okolicznościach poznaje genialnego muzyka i jego zimną i bezduszną partnerkę Adelę, zaczyna dostrzegać, że przypadki odgrywają w jej życiu coraz ważniejszą rolę. 

A może to nie zbiegi okoliczności, tylko przeznaczenie? 

 Obietnica Łucji to pełna wzruszeń opowieść o nadziei i prawdzie. Historia o przeznaczeniu, które chodzi zawsze swoimi ścieżkami. 


Premiera: 5 marca

_________________________________________________________________________________



Niektórzy z Was pewnie wiedzą, że literatura obyczajowa, odnajdywanie swojego miejsca na ziemi, jest mi coraz bliższa. Z przyjemnością sięgam po powieści z tego gatunku. "Obietnica Łucji" chodzi za mną od pewnego czasu, okładka przyciąga wzrok, opis wzbudza zainteresowanie, ale fragmenty powieści zapowiadają lekturę pełną wzruszeń. 

Wydawnictwo Znak pomyślało nad nietypową akcją, która być może rozpromuje debiutancką książkę autorki. 

„Obiecujemy, że książka cię zachwyci. Jeśli uznasz inaczej – możesz wymienić ją na inną”



Na czym ona polega? Szczegóły możecie przeczytać w Regulaminie, jednak mówiąc z grubsza - jeśli kupicie książkę w okresie między 5 marca a 5 kwietnia, jej lektura nie sprawi Wam przyjemności, wydawnictwo wymieni Wam ją na inną. Macie miesiąc czasu od daty zakupu, aby przekonać się, czy to tytuł dla Was. 


Fragment książki: 


Dyrektorka popatrzyła na nauczycielkę rzeczowym wzrokiem szkolnego pedagoga. – Słucham panią, Łucjo. – Chodzi o Anię. Ona jest taka… – Smutna – dopowiedziała pani Lucyna. – Ania i tak trzyma się bardzo dzielnie, biorąc pod uwagę jej sytuację. – No właśnie, ona jest zawsze smutna i taka nieobecna. O co chodzi? – Łucja spojrzała pytająco. – Właściwie już na wstępie powinnam poinformować panią o sytuacji domowej wychowanków. Zwłaszcza że w pani klasie znajduje się kilka osób, na które należałoby zwrócić szczególną uwagę. Jeżeli chodzi o Anię, to… – Pani Lucyna zacisnęła usta. – Jest naprawdę kiepsko. Wychowuje ją tylko matka, o jej ojcu nic nie wiadomo, a w tej sytuacji mógłby okazać się dla dziecka prawdziwym wybawieniem. – Zamilkła, opuściła głowę i utkwiła wzrok w podłodze. – Pani dyrektor, co się dzieje w rodzinie Ani? – Łucja oderwała się od ciepłego kaloryfera i przybliżyła do pani Lucyny. Dyrektorka podniosła głowę i smutno popatrzyła na podwładną. – Mama Ani jest nieuleczalnie chora… ona umiera. – Głos uwiązł jej w gardle. Łucja poczuła, że traci grunt pod nogami. Tego się nie spodziewała. Skłonna byłaby pomyśleć, że zbyt szczupła Ania jest głodzona, może bita czy zaniedbywana, ale nie przyszłoby jej do głowy, że to dziecko musi mierzyć się każdego dnia z takim cierpieniem. Że codziennie zagląda w oczy śmierci, która uśmiecha się do niej z twarzy jedynej bliskiej osoby. – Boże! – krzyknęła Łucja. – Ale jak to?! – odezwała się zupełnie bez sensu. Przecież na całym świecie każdego dnia, w każdej sekundzie umierało tylu ludzi. Kiedy jednak śmierć dotyka naszego otoczenia, konfrontując nas ze sobą bezpośrednio, nie potrafi my na nią 7 odpowiedzieć. Nie umiemy znaleźć słów, by ją opisać. Czujemy przed nią lęk. A przecież śmierć to tylko iskra i dopełnienie w naszym cyklu przemiany. Niestety do niektórych przychodzi zbyt szybko, zbyt gwałtownie. Niektórych zaś omija, choć uporczywie na nią czekają. Nie ma na nią recepty, nie ma lekarstwa. Jest tylko wielka niewiadoma. Pani Lucyna stanęła prosto. Widać było, że nieustannie myśli, starając się wydobyć z siebie jakieś sensowne zdanie. – Ewa, mama Ani, zachorowała kilka lat temu na białaczkę. Wówczas udało się stłumić chorobę, ale rok temu znowu… – Nagle przerwała i zasłoniła usta. Nie była w stanie powiedzieć nic więcej. Łucja patrzyła na nią niewidzącym wzrokiem. Czuła, że narasta w niej rozpacz, a łzy napływają do oczu. Nie chciała dowiedzieć się od dyrektorki już niczego więcej, bo to, co usłyszała, było dla niej zbyt trudne. Cofnęła się do drzwi. – To… ja już chyba pójdę – odezwała się zduszonym głosem. – Do widzenia. – Ostatnie słowa wymówiła, przekraczając próg szkoły. Nie odwróciła się już. Nie miała odwagi ani siły, by jeszcze raz wyczytać z twarzy przełożonej bezmiar tragedii. Wypadła na zewnątrz, z impetem zatrzaskując drzwi. Haust lodowatego powietrza wdarł się do jej gardła. Zakasłała, przytykając usta ręką. Tysiąc myśli kotłowało się w jej głowie, a w uszach pobrzmiewała niedawna rozmowa. Doszła do bramy i oparła się o betonowy słup. Myślowy galimatias zawładnął jej ciałem. Nie miała siły zrobić ani kroku więcej. Dlaczego ta dziewczynka była jej taka bliska? Czy przyciągało ją cierpienie dziecięcego serca, które wyczuła już pierwszego dnia, gdy tylko ją zobaczyła? Przecież sama była teraz ukształtowaną przez życie kobietą. W głębi wiedziała jednak, że to nieprawda, bo mimo dorosłego ciała wciąż była małą bezradną dziewczynką. Chociaż jej serce urosło, nadal pokryte było bliznami, pozostałościami po ranach zadanych w dzieciństwie.

Zainteresowani? Ja jestem skłonna dać szansę autorce i zagłębić się w świat, który stworzyła :) 

niedziela, 22 lutego 2015

"Wyścig śmierci" Maggie Stefvater

Dane techniczne:

  • Autor: Stiefvater Maggie
  • Tytuł: Wyścig śmierci
  • Tytuł oryginalny: The Scorpio Races
  • Tłumaczenie: Małgorzata Fafel
  • Wydawnictwo: Wilga
  • Liczba stron: 504
  • Premiera: 3 październik 2012
  • Gatunek: literatura młodzieżowa/fantastyka


Jest coś w tych istotach, co mnie przyciąga i choć nigdy nie posiadałam własnego, a moja nauka jazdy skończyła się na 2-3 lekcjach, to nadal marzy mi się alby w przyszłości mieć własnego albo i cała stadninę - mowa oczywiście o koniach. Książki, które traktują o tych zwierzętach, bez względu na swoją wartość, od razu zyskują u mnie parę punktów więcej. Dla koni bez zastanowienia kupiłam "Wyścig śmierci", jak zwykle nie zwracając uwagi na autorkę, która okazała się mi znana, napisała w końcu trylogię "Drżenie", o której trochę miałam okazję poczytać. 
"Jest pierwszy listopada, więc ktoś dzisiaj umrze" 
Sean Kendrik od lat zajmuje się końmi, pracuje w stadninie i startuje w Wyścigu Skorpiona. Jest czterokrotnym zwycięzcą tego szalenie niebezpiecznego wyścigu. W tym roku stawka jest wysoka, musi zająć pierwsze miejsce, żeby spełnić swoje marzenie. "Puck" Connolly jest sierotą, wychowującą się z dwójką braci. Jej nagła decyzja o wzięciu udziału w wyścigu wszystkim wydaje się szalona, żadna kobieta nigdy nie próbowała w nim swoich sił. Stawka wygranej jest niesamowicie wysoka i dlatego dziewczyna stawia wszystko na jedną kartę. 
Wyścig jest jak bitwa. Chaos koni, ludzi i krwi. Najszybsi i najsilniejsi, którzy pozostali po kilku tygodniach przygotowań na piasku. To morska woda na twarzy, śmiercionośna magia listopada na skórze, to również prędkość. To życie, to śmierć albo jedno i drugie, i nic innego nie może się z tym równać.
Autorka pokusiła się o własną interpretację legend o koniach morskich, które wywodzą się z mitologii celtyckiej i irlandzkiej. "Podobało mi się wiele szczegółów tych mitów: konie pojawiały się w listopadzie, żywiły się mięsem, a zwabione w głąb lądu, stawały się najwspanialszymi wierzchowcami, jakie tylko można było sobie wyobrazić... dopóki znowu nie zbliżyły się do słonej wody"*

Jest to książka z gatunku literatury młodzieżowej, dlatego zabierając się za lekturę byłam dość sceptyczna. Miałam wrażenie, że będzie to lekka i przyjemna opowieść o nastolatkach i ich pasjach. Wraz z każdą koleją przeczytaną stroną moje podejście się zmieniało, w końcu wsiąkłam w tę historię i nie mogłam się oderwać. 

Historia rozgrywa się na małej wyspie, która wydaje się oderwana od reszty świata. Choć przybywają na nią goście z różnych części świata nam znanych, to Thisby rządzi się własnymi prawami. Mieszkający tam ludzie albo kochają to miejsce albo go nienawidzą. Ci drudzy bardzo szybko wynoszą się na stały ląd. Reszta jest zakochana w ziemi, morzu, rybach, koniach i eich uisce. Te ostatnie stworzenia - konie wodne - sprawiają, że wyspa jest tak niebezpiecznym miejscem. W czasie burz, sztormów wychodzą z morza i pożerają wszystko, co nawinie się im nawinie. Konie wodne to stworzenia przypominające dobrze nam znane konie jednak piękniejsze, zwinniejsze i szybsze - co każe ich pożądać. Jednak to, że żywią się mięsem - owcy, krowy, drugiego konia, czy też człowieka - jak również niemożność ich oswojenia, sprawiają, że są jednocześnie nienawidzone. 
Eich uisce rzuciły się galopem po plaży, sprzeczając się i wierzgając, strząsając pianę z grzyw i Atlantyk z kopyt. Krzyczały do tych, które pozostały w wodzie, a ich lament sprawił, że dostawałem gęsiej skórki. Konie wodne były szybkie i śmiercionośne, dzikie i piękne. Giganty. Połączenie wyspy i oceanu. Wtedy właśnie je pokochałem.
Co roku na początku listopada odbywa się niezwykły wyścig - Wyścig Skorpiona - w czasie którego miejscowi mężczyźni, którzy odważą się zaryzykować, ścigają się na eich uisce. Wiele osób ginie w trakcie przygotowań jak również podczas samego wyścigu. Nieliczni docierają do mety, a zwycięzca zdobywa dużą nagrodę pieniężną oraz rozgłos i sławę.

Głównymi postaciami "Wyścigu śmierci" są Sean i Puck, którzy z różnych przyczyn zamierzają wziąć udział w tym wyścigu. Historie poznajemy z ich punktu widzenia, autorka zdecydowała się na narrację pierwszoosobową na przemian oddając głos każdemu z bohaterów. Język jest plastyczny, składający się z krótkich zdań, mocnych i wyrazistych. 


Z kart tej historii wyłaniają się dwie postacie, które równie mocno kochają konie, Puck ma Dove, zwykłego konia, z którym dorastała. Jest w stanie zrobić dla niej wszystko, kocha ją bezgranicznie. Najpiękniejszy związek łączy jednak Seana i jego konia morskiego Corra. Chłopak jako jeden z nielicznych potrafi nawiązać kontakt ze swoim koniem, nie jest on dla niego potworem ale ukochanym stworzeniem. Bardzo niebezpieczne jest podchodzenie do each uisce, nawet jeśli wydaje się on "oswojony", bo w ciągu jednej chwili może on pozbawiając człowieka sporej części ciała, zabić. Sean potrafi zrozumieć Corra, myśli o tym, co dla konia jest najważniejsze, zachowuje odpowiedni dystans nie będąc jednocześnie przerażonym. Chłopak od dzieciństwa pracuje w stajni, zajmując się końmi i eich uisce. Przez wiele lat nauczył się je rozumieć. Autorce udało się oddać uczucie między Seanem a jego koniem w sposób bardzo plastyczny, przemawiający do czytelnika, mocno poruszający.

Sean stoi na brzegu, wpatrzony w morze. Na jego twarzy maluje się ciekawość i tęsknota, jakby on też chciał dać susa do oceanu i odpłynąć. Wtedy właśnie przychodzi mi do głowy, że to dlatego Norman Falk poprosił Seana o przyjście. Nie dlatego, że tylko on mógł przeprowadzić ten rytuał, ale dlatego, że Sean Kendrick, ze wzrokiem utkwionym w morzu, jest symbolem wyścigu, nawet gdyby żadna gonitwa nigdy się nie odbyła. Jest pamięcią o tym, co eich uisce oznaczają dla tej wyspy, mostem łączącym miejsce, w którym stoimy, z tą częścią Thisby, której wszyscy pragniemy, a nie możemy dotknąć.
Puck i Sean są osobami zamkniętymi w sobie, twardymi, walczącymi o swoje. Nie potrafią okazywać emocji drugiemu człowiekowi, całym sercem kochają swoje ukochane stworzenia. Oczywiście nie mogło obyć się bez wątku romansowego, jednak nie jest to główny motyw, uczucie między bohaterami rozwija się powoli, pozwala im się otworzyć, ale nie uwarunkowuje akcji.


Autorka stworzyła historię piękną ale jednocześnie mroczną. Jest tu dużo śmierci, lęku i strachu a jednocześnie uczucie oddania i zrozumienia. To co wyłania się z kart powieści to poczucie wolności, wiatr we włosach, pęd i radość. Dla mnie chwile lektury były niesamowicie wciągające, momentami wzruszające, z nutką grozy. Jeśli we wszystkich swoich książkach autorka potrafiła zawrzeć taką gamę uczuć, na pewno będzie to początek mojej przygody z Maggie Stiefvater.

* posłowie od Autorki

Pierwsze wrażenia: wzruszenie, niepokój, radość, złość, żal, wolność.


Książka bierze udział w wyzwaniu: Kiedyś przeczytam Czytam fantastykę III

środa, 18 lutego 2015

"Smok urojony" Antologia

Dane techniczne:

  • Autor: Jakub Ćwiek, Piotr Giemza-Popowski, Anna Kańtoch, Iwona Surmik, Wit Szostak, Michał Cholewa
  • Tytuł: Smok urojony
  • Wydawnictwo: Śląski Klub Fantastyki
  • Liczba stron: 222
  • Premiera: 2010 (Tricon - sierpień/wrzesień)
  • Gatunek: fantastyka

Książki wydane w małym nakładzie, skierowane do pewnej grupy ludzi, napisane dla uświetnienia jakiegoś wydarzenia, budzą we mnie dwojakie uczucia. Z jednej strony jestem niepewna, nieufnie podchodząc do czegoś co pisane było "na zamówienie", z drugiej strony czuję się w jakiś sposób wyróżniona biorąc do ręki książkę limitowaną, nie mając pojęcia jak oceniają ją inni (ze względu na śladowe jej ilości w sieci). "Smok urojony" to zbiór opowiadań wydanych dla uczczenia Triconu 2010 roku - czyli wspólnej imprezy Polski, Czech i Słowacji oraz Ogólnoeuropejskiej, łączącej fanów fantastyki (tak literatury jak i innych środków przekazu).

Dzień ofiarny
Antologię opowiadań wydanych przez Śląski Klub Fantastyki, łączy ze sobą motyw smoka. Nie jest to jednak stworzenie które przychodzi nam do głowy jako pierwsza myśl. Smok w opowiadaniach autorów to stworzenie wymyślone, urojone, czasami ze względu na swoją formę, czasem dlatego, że tak naprawdę jest czymś zupełnie innym. Każdy z autorów podszedł do tematu inaczej, co stworzyło ciekawą mieszankę. 

Minęło ponad cztery lata zanim zabrałam się za ten tytuł. Odstraszała mnie okładka, a dodatkowo forma opowiadań, które nigdy do końca mnie nie przekonują. W końcu wzięłam byka za rogi, przeczytałam i z chęcią podzielę się z Wami wrażeniami.

Zbiór składa się z sześciu opowiadań, trzy zapadły mi w pamięć, jedno mnie urzekło. Mamy współczesne polskie życie, z elementami magii, klasyczną powieść fantasy w stylu Dragonlance, historię osadzoną w przyszłości z gatunku antyutopii, kryminał retro z elementami fantasy/horroru, miniopowiadanie i klasyczną s/f z jajem. 





Mnie najbardziej urzekł "Dzień ofiarny" Iwony Surmik, gdzie akcja osadzona na przełomie XIX i XX wieku opowiada o pewnej klątwie 23 marca. W ten dzień w niewyjaśnionych okolicznościach ginie mieszkaniec biednych Doków, zazwyczaj jest to dziecko. Zagadka zostaje w końcu rozwiązana i jest to przerażające wyjaśnienie. Podobał mi się język i sam pomysł. Wcześniej nie miałam styczności z literaturą autorki, ciesze się więc, że trafiłam na to opowiadanie. 
Labirynty
Równie pozytywnie wspominam "Harfę pustyni" Anny Kańtoch. To moje drugie spotkanie z autorką i zaczynam rozpoznawać styl w jakim pisze - mroczny, przerażający, ale niesamowicie wciągający. Historia grupki najemników, która dociera do miasta na pustyni. Ze zdziwieniem obserwują paro-paronastoletnie dzieci tej społeczności, które poruszają się z bronią w ręku. Autorka pokusiła się o historie, która daje do myślenia, kończy się dość nieprzyjemnie ale i ciekawie. 
"Smok, czarownica i stara szafa" Michała Cholery jest najbardziej żartobliwym tekstem w antologii. Czytając go miałam przed oczami sceny z filmu "Sierżant Bilko" z Stevem Martinem. Mamy tu stację wojskową na małej planecie gdzieś w kosmosie, w której żołnierze rozprężyli się zupełnie - mamy kasyno, rozkradany ekwipunek i wiele innych kwestii, za które grozi co najmniej więzienie wojskowe. Niespodziewana kontrola burzy spokój załogi, muszą wykorzystać oni cały swój spryt, żeby wyjść z sytuacji cało. Dobry język, tekst, który burzy grozę poprzednich opowiadań, pozwala na chwilę uśmiechu i zapomnienia. 


Śpiący smok
Pozostałe trzy opowiadania nie były najgorsze - Jakub Ćwiek pokazał tu swoją poważną, życiową twarz ukazując molestowaną seksualnie wychowankę domu dziecka, Piotr Giemza-Popowski przedstawił historię fantasy, która wciąga, ale gdzie ilość postaci i ich imion dość mocno przeszkadzała mi w odbiorze, a jeśli chodzi o tekst Wita Szostaka to wolałabym o nim nie wspominać. Gdyby go nie było, wiele by ta antologia nie straciła. 

Ciesze się, że w końcu zdecydowałam się na lekturę tej książki, odkryłam dzięki temu Iwonę Surmik oraz Michała Cholewę i na pewno w przyszłości zainteresuje się ich twórczością. Jeśli jesteście fanami fantastyk i nadarzy się Wam okazja przeczytania "Smoka urojonego" na pewno znajdziecie tam coś dla siebie. Polecam :) 


Pierwsze odczucia: ciekawość, fascynacja, groza, radość



Książka bierze udział w wyzwaniu: Kiedyś przeczytam Czytam fantastykę III


wtorek, 17 lutego 2015

"W cieniu Pałacu Zimowego" John Boyne

Dane techniczne:

  • Autor: Boyne John
  • Tytuł: W cieniu Pałacu Zimowego
  • Tytuł oryginalny: The house of special purpose
  • Tłumaczenie: Joanna Puchalska
  • Wydawnictwo: Świat Książki
  • Liczba stron: 400
  • Premiera: 8 czerwiec 2011
  • Gatunek: powieść historyczna


Bardzo długo krążyły opowieści i legendy o księżniczce Anastazji, córce ostatniego cara, która uciekła przed bolszewikami. Wiele jest filmów, bajek i książek, które ten temat podejmują, dając nadzieję, że przeżyła. Rozstrzelanie rodziny cara było zbrodnią, za którą nikt nie odpowiedział. A jeśli by do niej nie doszło? Wyobrażacie sobie współczesną carską Rosję? 

Gregorija Jachmieniewa poznajemy u schyłku jego życia - w Anglii, gdzie przeżył większość swoich dni. Jako młody chłopak z maleńkiej, ubogiej wioski trafił on na dwór ostatniego cara Rosji - Mikołaja, gdzie służył jednemu z członków rodziny. Teraz, po latach, wspomina tamte czasy, z sentymentem myśląc carskiej rodzinie. Jednocześnie przedstawia wydarzenia z życia po ucieczce z Rosji, które miały wpływ na jego przyszłość. Kim był i jak wiele uczynił dla carskiego dworu?

Sięgnęłam po ten tytuł bez zastanowienia po przeczytaniu blurbu, który niestety trochę za dużo zdradza, więc nie radzę czytać go przed lekturą. Nie skojarzyłam autora, nie uświadomiłam sobie, że ma on na koncie o wiele popularniejszy tytuł "Chłopca w pasiastej piżamie". Miałam nadzieję na wciągającą lekturę, ciekawa ostatnich chwil caratu absolutnie się nie zawiodłam. 

"W cieniu Pałacu Zimowego" to piękna historia pokazującą społeczeństwo rosyjskie w czasie I wojny, sylwetki cara, jego małżonki i dzieci. Lud Rosji w dwojaki sposób podchodził do władców, z jednej strony byli wybrańcami bożymi, których się wielbi, z drugiej coraz liczniejsze głosy opozycji pozwoliły na bezlitosny mord. Gregorij trafia do Petersburga, po niespodziewanym wydarzeniu, gdzie zostaje skierowany do opieki nad jednym z carskich dzieci.  Dzięki temu ma szanse poznać bliżej całą rodzinę, gdzie każda z osób odnosi się do niego w bardzo różny sposób. Ma styczność z Rasputinem, którego ciemne sprawki bardzo źle na niego wpływają. Jest światkiem zrzeczenia się władzy przez cara. 

Książka pokazuje schyłek epoki caratu, nastroje społeczeństwa ale również obraz rodziny carskiej różny od wizji historycznej. Tutaj zarówno car Mikołaj jak i jego żona robią wszystko, żeby pomóc swojemu ludowi, a z tego co pamiętam historycy pokazują to inaczej.

Istotną postacią staje się w tej książce Anastazja, najmłodsza córka cara. Autor splótł jej losy z młodym Gregorijem, pozwalając tej dwójce bliżej się poznać. Ich relacje wpłynęły na całe późniejsze życie bohatera. 

Autor wykonał bardzo ciekawy zabieg fabularny mieszając wydarzenia z Rosji z późniejszymi na emigracji. Te ostatnie poznajemy od ostatnich, cofając się coraz bardziej w przeszłość. Można je czytać również w odwrotnej kolejności, poznając życie Gregoria chronologicznie, choć wtedy nie damy zaskoczyć się niektórym wydarzeniom. Bardzo ważny jest język, niesamowicie plastyczny i wciągający. Sprawia on, że od pierwszych chwil historia mnie porwała i nie mogłam się od niej oderwać do ostatniej kartki. 

Po przeczytaniu ostatniej kartki jeszcze przez pewien czas siedziałam z głową pełną myśli i wrażeń, które nie pozwoliły mi wyrwać się ze świata przedstawionego przez autora. Jest to piękna, wzruszająca ale i nostalgiczna historia, która wywołuje wzruszenie, smutek, żal po czasie, który nigdy nie wróci. 

"- Czy mogę prosić o błogosławieństwo? - spytała z pokorą, a Anastazja otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. 
- Moje...? - zaczęła
- Proszę, wasza wysokość.
Anastazja się zawahała.
- Oto ono. - Z łagodnym uśmiechem pochyliła się i objęła dziewczynę. - Niewiele wprawdzie warte, ale niech przyniesie spokój twojej duszy." 

Pierwsze odczucia: smutek, żal, wzruszenie, nadzieję. 


Książka bierze udział w wyzwaniu: Kiedyś przeczytam

piątek, 13 lutego 2015

"Dziennik Mai" Isabel Allende

Dane techniczne:

  • Autor: Allende Isabel
  • Tytuł: Dziennik Mai
  • Tytuł oryginalny: El cuaderno de Maya
  • Tłumaczenie: Joanna Ostrowska, Grzegorz Ostrowski
  • Wydawnictwo: Muza
  • Liczba stron: 432
  • Premiera: 10 kwietnia 2013
  • Gatunek: powieść współczesna obyczajowa


Młoda dziewczyna, wychowująca się w kochającej rodzinie. Co może spowodować, że taka osoba zejdzie na złą drogę, zacznie niszczyć własne życie? Jak dużo może przejść osoba, która nie skończyła jeszcze dwudziestu lat? I czy powrót do dawnego życia jest możliwy? 

Maia po wielu trudnych przeżyciach trafia na wyspę Chiloe, gdzie pod nadzorem przyjaciela swojej babci ma dojść do siebie, uciec od poszukujących ją ludzi i odnaleźć wewnętrzną harmonię. Początkowo dziewczynie ciężko jest znieść spokój i zacofanie wioski, jednak z czasem powoli odnajduje się w tym środowisku, a swoje uczucia oraz wspomnienia spisuje w pamiętniku. Wraz z jego powstawaniem poznajemy coraz bardziej mroczny świat dziewczyny, która nieświadomie wplątała się w sprawy budzące grozę.

Po spotkaniu z "Córką fortuny", dzięki której to pozycji poznałam autorkę, wiedziałam, że w przyszłości wrócę do znajomości z pisarką. Obie książki zapowiadały się różnie, więc byłam ciekawa, czy tym razem autorka też mnie zachwyci. Maia żyje we współczesnym świecie, wychowuje się w Stanach Zjednoczonych, lecz teraźniejsze wydarzenia mają miejsce na małej, trochę zapomnianej wyspie w Chile. Dzięki zapiskom bohaterki poznajemy jej historię, wspomnienia, których w żaden sposób nie próbuje zmienić, korygować, a są przecież momentami bardzo wstydliwe. Dziewczyna wplątała się w sprawy, których nie rozumiała a które mogły doprowadzić do jej śmierci. Wielokrotnie tylko dzięki szczęściu/opaczności bożej wychodziła cało z opresji. 

Kontrast dwóch światów, które poznajemy jest olbrzymi. Spokojna, senna wyspa, która została trochę z tyłu za współczesnym światem, gdzie ludzie znają się, swoje sekrety. To tutaj wiele osób wyemigrowało, z różnych przyczyn, czy to politycznych, społecznych czy też osobistych. Jednak nawet tutaj dociera zło, a mieszkańcy patrzą przez palce na niektóre wydarzenia. Z drugiej strony szalony świat Las Vegas, gdzie oprócz sławetnych kasyn, znajdują się dzielnice biedy, przemocy, uzależnień i skąd bardzo ciężko się wyrwać. Autorka bardzo wyraźnie pokazała różnice, które te światy oddzielają.

Historia Mai w dobitny sposób pokazuje, jak jedno wydarzenie w życiu człowieka może rozpocząć powolne staczanie się na dno. Dziewczyna w pewnym momencie żyje instynktami, staje się zwierzęciem w ludzkiej skórze. A przecież wydarzeniom, które to zapoczątkowały, można było przeciwdziałać. Miałam wrażenie, że w pewnym momencie, dużo wcześniej, zanim dotarła do LA, wszyscy bliscy ją opuścili, została sama i nie potrafiła pogodzić się z tym stanem rzeczy. Chiloe wydaje się oazą spokoju, gdzie życie płynie spokojnie. A przecież i tam znajduje się drugie dno, które skrywa przerażające wydarzenia z przeszłości. Wydarzenia te Maia odkryje i stanie się to dla niej również formą powrotu, oczyszczenia. 

Jest to książka, która zmusza do myślenia. Wyraźnie widać zezwierzęcenie człowieka, z jednej strony trochę na własne życzenie, z drugiej wynikające z przemocy drugiego człowieka. 

Warto poznać historię Mai i jej bliskich. Zastanowić się nad ludzkimi działaniami, może historia ta pomoże zrozumieć nam osoby w najbliższym otoczeniu. Język, historia, bohaterowie tej książki są jednymi z wielu czynników, które czynią lekturę wciągającą. Jest to moje drugie spotkanie z autorką, równie udane. Na pewno w przyszłości przybliżę Wam inne jej powieści. 



Pierwsze odczucia: nadzieja, przerażenie, złość, niedowierzanie.



Książka bierze udział w wyzwaniu: Kiedyś przeczytam

sobota, 7 lutego 2015

"Kłamca" Jakub Ćwiek

Dane techniczne:

  • Autor: Ćwiek Jakub
  • Tytuł: Kłamca
  • Seria: Kłamca T1
  • Wydawnictwo: Fabryka Słów
  • Liczba stron: 272
  • Premiera: 2005
  • Gatunek: fantastyka




Bardzo lubię tematykę anielską, którą odkryłam dzięki M. L. Kossakowskiej i jej "Siewcy wiatru". Wydaje mi się, że właśnie ta pisarka zapoczątkowała ten nurt w polskiej fantastyce. Wiedząc, że w pozycji którą mam zamiar czytać pojawią się anioły, książka od razu zyskuje u mnie parę punktów więcej. Jak to było z "Kłamcą" i Kubą Ćwiekiem?

Valhalla, miejsce gdzie przez wieki żył Odyn, Thor oraz cała świta, wyznawana w mitologii nordyckiej została zrównana z ziemią. Bogowie z tego świata nie żyją, do czego przyczyniły się anioły Pana oraz niepozorny Loki, przybrany syn Odyna. Loki - bóg kłamstwa, nie miał lekkiego życia, wykorzystał więc szansę, żeby je zmienić - stał się pomocnikiem aniołów, chłopcem od brudnej roboty. Przez wieki wykonał wiele spraw, na które anioły nie mogły sobie pozwolić coraz więcej na tym zyskując. Jak przez ten czas sobie poradził? Co dzięki temu zyskał? Jakie życie prowadzi? 

Mam pewien problem z Kubą, bardzo cenię jego osobę, jest niesamowicie przyjazną, pozytywnie nastawioną postacią, która bardzo szybko zjednuje sobie innych. Książki, które pisze są lekkie, zwariowane, lekko ordynarne, ale bardzo pozytywne. Taka lektura dla niegrzecznych chłopców (w każdym wieku). To nie jest moje pierwsze spotkanie z "Kłamcą", parę lat temu, w czasie studiów, miałam możliwość przeczytać tę książkę. Wspominałam ją jako lekką, przyjemną lekturę, w czasie której można odpocząć, odprężyć się, czasem z niedowierzaniem pokręcić głową. Postanowiłam wrócić do niej, bo oprócz odczuć niewiele mi w głowie zostało, więc nie ma co sięgać po kolejne tomy. No i pojawił się pewien problem. 

Tom pierwszy "Kłamcy" składa się z opowiadań, dłuższych lub krótszych, które przestawiają moment podboju Valhalli, oswobodzenie Lokiego i jego związanie się z Aniołami, jak i późniejsze zlecenia, których podejmuje się dla swoich zwierzchników. Loki to postać, która w sumie nie słucha nikogo, jest samowystarczalny, jego prace dla aniołów mają dwustronny zysk, ale w sumie nigdy nie wiadomo, kiedy Loki powie "nie". Nie raz dobrze się bawi wykonując brudną robotę. Anioły z kolei nie są łagodne, potulne i święte. Już ich marsz na krainę nordyckich bogów, gdzie mordowały przedstawia z goła odmienny widok. Co na to Bóg? Niestety nie ma go, wyszedł gdzieś i nie wrócił, więc anioły mogą spokojnie pracować po swojemu.

I tu powracam do swojego problemu, bo dochodzę do wniosku, że wyrosłam z tego typu lektury, a może jedynie literatura Ćwieka nie bardzo mi pasuje. To nadal kawałek lekkiej, ciekawej lektury, która pokazuje brutalny świat, który ze względu na prezentację jest przyjemny i pozytywny, ale...  Na pewno pierwszym powodem są opowiadania, które nie są moją ulubioną formą literacką. Mimo, że spaja je postać głównego bohatera, to przeskoki czasowe są irytujące. Po drugie przez parę ostatnich lat zmienił mi się gust, zaczęłam sięgać po literaturę z szerokiego zakresu gatunkowego, często ambitną i chyba trochę szkoda mi czasu na tego typu lekturę. Problem tkwi więc nie w książce ale w moim jej odbiorze. 

To świetna lektura, dla każdego, kto ma ochotę na lekką, niezobowiązującą książkę, w której pojawia się wątek anielski, mitologia nordycka, trochę akcji, krwi, zabijania, trochę humoru, ciekawych postaci i zwariowanych sytuacji. 

Sama po dalsze części "Kłamcy" nie planuję w najbliższym czasie sięgać, ale na pewno spróbuję przeczytać "Chłopców", którzy powstali sporo później, bo chciałabym przekonać się do książek Kuby Ćwieka. 

Dla kogo:
- wszystkich fanów autora, jeśli czytaliście jakąś książkę Ćwieka, czy to byli "Chłopcy", "Dreszcz" czy inne książki a po "Kłamcę" jeszcze nie sięgaliście na pewno będzie to dla Was ciekawa lektura
- dla osób, które lubią lekką fantastykę, z odrobiną magii, bogów
- osób, które lubią ciekawie wykreowane postacie, które naprawdę da się lubić.

czwartek, 5 lutego 2015

"Lardżelka" Wanda Szymanowska

Dane techniczne:

  • Autor: Szymanowska Wanda
  • Tytuł: Lardżelka
  • Wydawnictwo: Białe Pióro
  • Liczba stron: 126
  • Premiera: 13 stycznia 2015
  • Gatunek:  powieść/poradnik






Dziwnie się w życiu układa, czasami kiedy czegoś potrzebujemy trafia to do nas w najbardziej odpowiednim momencie. Tak było ze mną i książką Wandy Szymanowskiej "Lardżelka". Jest to książka ważna, bardzo potrzebna w dzisiejszych czasach, może wskazać drogę i pomóc niejednej osobie.

Główna bohaterka cierpi na chorobę dzisiejszego świata - otyłość. Przez swoje rozmiary nie może poradzić sobie w życiu - cierpi na tym jej praca, życie towarzyskie, codzienne czynności. W pewnym momencie czara się przelewa - mężczyzna, z którym jest po raz kolejny uszczypliwie zwraca uwagę na jej wymiary. Zosia postanawia zmienić swoje życie, przyzwyczajenia. Czy uda jej się wytrwać w tym wyzwaniu? 

"Zaczęłam. Może się uda. Postanowiłam, że muszę coś ze sobą zrobić. Nie dla Andrzeja, nie dla świata, nie dla zdrowia, ale dla siebie. Nie mogę patrzeć już w lustro. Nienawidzę siebie. Nie widzę ani jednego szczegółu mojego wyglądu, który by mi się podobał." 

Ta pozycja bardzo wciąga, czego zasługą jest język. Dzięki niemu właściwie od pierwszej strony podróżowałam po kartach książki razem z bohaterką, kibicując jej poczynaniom. Plastyczny, z dawką humoru, życiowy. Od razu zbliża nas do bohaterki. Drugie, co rzuciło mi się w oczy jest styl rozdziałów. Są krótkie, oznaczone tytułami, które dają pojęcie o czym będziemy czytać. Swoją formą, stylem pisania kojarzy mi się z prowadzeniem bloga. Mogę wyobrazić sobie bohaterkę, która w ten właśnie sposób wspiera się w trudnym dla siebie czasie. 

"Dzięki Irenie wiem, że grzechy i grzeszki nie mogą przekreślać wszystkiego. Chwile słabości trzeba zwalczać natychmiast, a nie od jutra, od poniedziałku."

Zofia przechodzi powolną przemianę. W momencie kiedy ją poznajemy jest bardzo dużą, niezadowoloną z siebie kobietą, która niewiele w życiu osiągnęła. Moment przełomowy, to, że ktoś bliski potrafi dogryźć, nie ma z jego strony wsparcia staje się punktem zapalnym. Kobieta początkowo bardzo chaotycznie podchodzi do kwestii diety, własnymi siłami próbuje zmienić nawyki. Bywa różnie - ma chwile zwątpienia, grzechy i grzeszki, ale powoli udaje jej się zmierzyć ze swoją wagą. Pomaga jej w tym "Lardżelka", czyli ośrodek pomagający schudnąć, a potem również koleżanka z pracy, z którą się zaprzyjaźnia. Pojawiają się pacjenci ośrodka, dzięki którym zarówno Zofia jak i czytelnicy mogą poznać różne sposoby na to, jak stać się "grubasem". Czasem wynosi się to z domu, czasem duże znaczenie ma styl życia, brak wytrwałości, stresy, niepewności, smutek, żal. 

"Mechanizm tycia i chudnięcia jest potwornie złośliwie skonstruowany. Tyje się bardzo szybko, bez wysiłku, beztrosko, przyjemnie, niezauważalnie. Chudnięcie natomiast, musi być długodystansowe, katorżnicze, pełne wyrzeczeń, spływające potem, okupione zawrotami głowy, zasłabnięciami i licznymi zwątpieniami."

Autorka za pośrednictwem bohaterki, pokazując jej walkę, jednocześnie przekazuje pewne rady na walkę z nadmiarem kilogramów. Pojawiają się tam: zdrowe odżywianie, sport, efekt jo-jo, rozmiar zerowy, wsparcie z zewnątrz, silna wola, różne formy diet i wiele innych kwestii, które niektórzy znają, a inni potrzebują dopiero poznać. 

Jakie jest Wasze podejście do osób otyłych? W głębi duszy jest Wam ich żal a może się z nich wyśmiewacie i  nie potraficie zrozumieć, jak można się do takiego stanu doprowadzić? Takie kwestie również pojawiają się w "Lardżelce". Próba zakupu nowych ubrań kończy się bardzo przykro dla bohaterki, oczekiwanie na dworcu kolejowym również przyniesie trochę bolesnych chwil. Osoby, które nigdy nie miały problemów z wagą nie rozumieją ich, nie potrafią wcielić się w skórę osoby, która przez całe życie boryka się z nadwagą. Zmagania bohaterki pokazują, że małe zmiany powoli zmieniają całe życie, dzięki lepszemu samopoczuciu inni również bardziej pozytywnie nas postrzegają. 

Na końcu znajduje się mały poradnik, jakie są podstawowe kroki do zrzucenia kilogramów oraz kilka przepisów, które mogą stać się początkiem zdrowego życia. 

Początkowo miałam pewien problem z tytułem tej książki, który dość ciężko zapamiętać. A przecież idealnie oddaje treść książki: "lard" - smalec, "Large"- duży. Jednak to połączenie słów angielskich i polskich może sprawiać pewnie problemy z wymową, co zdarzyło się w moim wypadku. 

Niewiele jest tego typu książek na polskim rynku, pojawiają się poradniki, książki z przepisami ale do tej pory nie spotkałam się z powieścią, która porusza problem otyłości. Ciesze się, że ten tytuł się ukazał i zachęcam Was do przyjrzenia się mu bliżej. Dla osób, które potrzebują wsparcia stanie się on wsparciem, dla tych które być może nie zdają sobie sprawy, że go potrzebują ta książka pomoże spojrzeć prawdzie w oczy. A dla wszystkich osób o prawidłowym BMI być może stanie się próbą zrozumienia, jak może czuć się osoba gruba i skąd jej problemy się biorą. 

"Jak ktoś raz był tłuściochem, to mentalnie pozostanie nim na zawsze. To nieuleczalne. Jak alkoholizm. Alkoholikiem się jest przez całe życie. Nawet jak żyje na sucho przez wiele lat, zdarzyć się może małe potknięcie i powrót do nałogu. Z żarciem też tak jest!"

Dla kogo:
- osób które mają problem z wagą, chciałyby dowiedzieć się więcej na temat zdrowego życia, diety
- osób, których temat nadmiernej wagi interesuje, chciałyby dowiedzieć się, jak radzą sobie osoby w takich sytuacjach
- wszystkich lubiących dobrą książkę, którą czyta się błyskawicznie, dopingując głównej bohaterce 


Za możliwość lektury bardzo dziękuję autorce, pani Wandzie Szymanowskiej. 

poniedziałek, 2 lutego 2015

Rocznica bloga... pierwsza, druga... TRZECIA!

Dokładnie trzy lata temu pojawiły się dwa wpisy. Jeden z nich był znaczący, wspominał o Wisławie Szymborskiej, jej śmierci, moich wrażeniach. To właśnie odejście poetki było ostatecznym czynnikiem, który spowodował, że postanowiłam stworzyć takie miejsce w sieci, gdzie mogłabym pisać swoje przemyślenia i dzielić się nimi z innymi. To niesamowite że od tego czasu minęły już trzy lata. Różnie na przestrzeni tego czasu bywało - były okresy, kiedy czytałam i pisałam notorycznie ale również zdarzył się czas stagnacji. Mam nadzieję, że w przyszłości zdarzą się tylko te lepsze chwile. Przez trzy lata poznałam bardzo dużo osób tak samo zakręconych na punkcie książek jak ja, niestety wiele z nich przestała pisać, zniknęła z blogosfery, a były moimi ognikami. Pojawiły się jednak nowe i na pewno będą się nadal pojawiać. Niektórych z Was udało mi się poznać osobiście, mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze przy nadarzających się okazjach. Były to dla mnie bardzo dobre trzy lata, w czasie których rozwinęłam się czytelniczo - przede wszystkim sięgając po gatunki, które do tej pory były mi obce. Jedne mnie nie przekonały i nadal nie goszczą na moich półkach, a inne stały się moimi ulubionymi. Zaczynając swoją karierę na Książkowych Wyliczankach nie wiedziałam, że to miejsce stanie się dla mnie tak ważne - ludzie, atmosfera, wiedza, to wszystko sprawia, że uwielbiam tu być.
Dziękuję Wam wszystkim, że jesteście, odwiedzacie blog, komentujecie, możemy wymieniać zdanie. Mam nadzieję, że nic nie stanie na przeszkodzie i będę mogła w kolejnych latach wspominać o kolejnych rocznicach :) - barwinka



Kiedy trzy lata temu powstał ten blog, byłam jedną z pierwszych osób, które się o tym dowiedziały i... chwilę później dołączyłam jako współpisząca. ;) Zawsze byłam raczej jako ta "techniczna", od wstawiania skórek, elementów do pasków bocznych i innych rzeczy, które czynią blogi mniej lub bardziej czytelnymi. ;)
Czytelników w ostatnim okresie przyzwyczaiłam raczej do milczenia, niż pisania, a i technikaliami zaczęła zajmować się samodzielnie barwinka, a ja postanowiłam się nie wcinać. Przyznaję, dobrej passy nie miałam. Ale to powoli się zmienia, więc niedługo być może będzie mnie tu więcej. 
Przez te kilka lat powstało w mojej głowie wiele pomysłów na cykle. Część rozbiła się o brak zaplecza, część o lenistwo, wstyd przyznać. Były targi książki, które dały mi wiele inspiracji i powodów do przemyśleń. Dojrzałam do kupna czytnika - zamierzam go kupić już w czasie tegorocznych targów książki w Warszawie.
Od nowego roku nieco zmieniłam koncepcję na moją aktywność. Jeśli przeczytam jakąś "głupotkę" która piętnaście minut po skończeniu czytania nie zostawiła żadnych myśli i śladów w mojej głowie, to recenzja się nie ukaże - wolę recenzować książki inspirujące, ważne dla mnie, trudniejsze i zapadające w pamięć. Naturalnie, lżejsze książki ukażą się w spisie przeczytanych tytułów.
Dodatkowo obiecałam sobie nowe formy - baza pod pierwszą opinię w formie niepisanej już została przygotowana.
Chcę wrócić do branży książkowej, do blogosfery, do regularniejszego czytania. Miewam cyklicznie okresy kiedy czytam jedną książkę za drugą, a miewam okresy, kiedy nie jestem w stanie przeczytać jednego zdania.
Nigdy jednak nie zrezygnowałam z odwiedzania bloga - teraz chcę znów być kimś więcej niż tylko niedzielnym gościem. Dziękuję, że byliście aktywni i barwinka mogła wymieniać z Wami opinie. Oby przed nami był udany rok!
Melisandra